WOJSKOWY MISTRZ ŚWIATA

         Start z orzełkiem na piersiach to zawsze wielka odpowiedzialność. Towarzyszy temu dodatkowa dawka emocji, napięcia ale również i poczucie pewnej nobilitacji. Takie uczucie mam odkąd pojechałem na swoją pierwszą imprezę międzynarodową - Mistrzostwa Świata Juniorów w Biegach Przełajowych w 2005 roku. Gdy biegnę w koszulce z godłem narodowym zawsze jestem w stanie dać z siebie trochę więcej...

 

 

        Stałem na starcie obok wielu znakomitych maratończyków ,którzy podobnie jak ja chcieli wygrać ten bieg. Mistrzostwa Wojska to nie jest łatwa impreza. W wielu krajach na świecie to właśnie wojsko przejmuje obowiązki szkolenia topowych zawodników. Głównymi rywalami mieli być:

 

Almeida Franck - rekord życiowy w maratonie 2.12'03", 13 zawodnik Igrzysk w Londynie

James Theuri - rekord życiowy w półmaratonie 1.00'54" oraz w  maratonie 2.10'39"

Chebet Nathan - rekord życiowy w półmaratonie 1.02'28"

Ahmed El Mazoury - rekord życiowy w półmaratonie 1.02'39"

Mariusz Giżyński - rekord życiowy w maratonie 2.11'20"

Błażej Brzeziński - rekord życiowy w maratonie 2.12"18

 

 

        Strzał startera zaskoczył wszystkich, nie było żadnego odliczania. Kordon ludzi przesuwał nas do tyłu trzymając się za ręce. Trójka Kenijczyków stojąca na środku wystartowała jak z procy, im nikt nie torował drogi. Ruszyłem wraz z kolegami z reprezentacji z około 3" stratą. Wiedziałem ,że start może mieć spore znaczenie więc nie goniłem za wszelką cenę pierwszej grupy. Wiedziałem ,że i tak biegnę trochę za szybko. Pierwszy kilometr pokonałem w 2.59', kolejny w 3'00". Błażej postanowił trzymać się kurczowo pierwszej grupy, razem z Mariuszem biegliśmy razem, tworząc wraz z Francuzem drugą grupę. Pomyślałem sobie w tym momencie ,że nie wygląda to dobrze. Jeśli utrzymają tempo będę skazany na walkę z oporem powietrza. Mimo wszystko wolałem trzymać wolniejsze tempo niż biec na tym etapie po 3'00"/km. Kolejne kilometry przebiegłem w tempie 3'02" i 3'05". Pierwsza grupa zwolniła co pozwoliło nam dołączyć do niej. Od razu poczułem ulgę ponieważ mogłem się schować za plecami innych i nie brać na siebie wspomnianego oporu. Było nas w grupie dwunastu. Jednym z biegaczy był Kenijczyk ,który pełnił rolę pacemakera. Miał on za zadanie poprowadzić nas do 25-30km na czas w granicach 2.11'-2.13'. Po kilku kilometrach stało się jednak jasne ,że tak się nie stanie. Kolejne kilometry pokonywaliśmy w tempie między 3'10" a 3'15". Trasa biegu na szczęście nie wyglądała w rzeczywistości aż tak źle jak wskazywał  na to profil. Było sporo długich odcinków ,które albo prowadziły lekko pod górkę albo lekko z górki . Tego dnia nie interesował mnie wynik więc nie deprymowało mnie wolne tempo. Postanowiłem odprężyć się jak tylko potrafiłem, wyłączyć głowę i po prostu biec. Dzięki temu kilometry uciekały mi bardzo szybko.

 

 

        Półmetek zawodów minęliśmy w czasie 1.07'13". Słońce pomału zaczynało wychodzić zza chmur. Przed startem biegu temperatura była już o kilka stopni zbyt wysoka, po godzinie biegu podskoczyła jeszcze o parę stopni. Wkrótce po pokonaniu linii oznaczającej połowę dystansu coś zaczęło się dziać. Był to korzystny moment gdzie trasa była szybka. Pacemaker ewidentnie uznał ,że jest to dobry moment na podkręcenie tempa. Szarpnięcie spowodowało ,że nagle grupa się rozerwała. Utrzymałem tempo uciekającej grupki, nikomu ze słabnących zawodników nie udało się skleić nas i w końcu jasne stało się ,że bieg będziemy kontynuowali już w szóstkę. Szybko rozejrzałem się sprawdzając numery startowe. Czerwone oznaczały żołnierzy, niebieskie zaś cywilów. Tylko jeden zawodnik oprócz mnie posiadał czerwony numerek. Był to najgroźniejszy z rywali chociaż wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Był nim Brazylijczyk Franck Almeida - 13 zawodnik Igrzysk Olimpijskich w Londynie ! Kolejne siedem kilometrów przebiegliśmy bardzo szybko...3'04"-3'06"-3'05"-3'03"-3'05"3'02"3'02". W trakcie tych kilometrów biegło mi się bardzo dobrze, skrzydeł dodawał mi fakt ,iż jestem blisko zdobycia medalu Wojskowych Mistrzostw Świata. W swojej dotychczasowej 10letniej karierze wojskowej tylko raz udało mi się zdobyć indywidualny medal w maratonie w 2010 roku. Na 29tym kilometrze Kenijczyk pełniący obowiązki zająca zszedł z trasy. Grupa w tym momencie przyspieszyła a ja poczułem trudy ucieczki i zacząłem tracić dystans do rywali...

 

 

        Mimo utraty bezpośredniego kontaktu ciągle wierzyłem w zwycięstwo i nie poddawałem się. Kontrolowałem aby strata nie zwiększała się zbytnio. Moim celem był przede wszystkim Brazylijczyk. Kolejne kilometry pokonywałem w tempie 3'08"-3'12", był to chyba najtrudniejszy moment trasy ,która prowadziła teraz lekko pod górkę przez kilka kilometrów. Na 32 kilometrze stał trener oraz kierownik reprezentacji, ich doping dodał trochę sił. Brazylijczyk puścił, a ja poczułem w tym momencie krew ! Było już bardzo ciepło ale wiedziałem ,że zostało mi już tylko 10 kilometrów cierpienia...Mimo potwornego zmęczenia biegło mi się dobrze, miałem ciąg do przodu i czułem ,że jestem w stanie otworzyć się tego dnia na duże zmęczenie. Mimo bardzo ciężkich nóg jakie, na tym etapie biegu, ma już chyba każdy, utrzymywałem tempo w okolicach 3'10"-3'12". Na 35km dorwałem wreszcie rywala, biegłem  w tym momencie po upragniony złoty medal ! Tego dnia byłem chyba naprawdę dobrze przygotowany ponieważ po chwili zauważyłem ,że doganiam dwóch Kenijczyków ,którzy zaczynali coraz bardziej zwalniać. Minąłem najpierw jednego na 37km a potem drugiego na 39km. Ostatnie 3 kilometry były już naprawdę ciężkie. Wiedziałem jednak ,że za metą czeka mnie nagroda za te wszystkie miesiące ciężkiej pracy oraz lata, kiedy bezsilnie starałem się wrócić do szybszego biegania. Przekroczyłem linię mety z uśmiechem na twarzy z wynikiem 2.14'40"...właśnie zostałem Wojskowym Mistrzem Świata !

 

 

        Dopiero po przekroczeniu mety zdałem sobie sprawę jak mocno jestem zmęczony, ledwo stałem na nogach. Po chwili położyłem się na ziemi i dogorywałem. Powodem bardzo dużego wyczerpania okazało się odwodnienie wynikające z wysokiej temperatury. Zauważyłem kątem oka ,że podchodzi do mnie Pan z kontroli antydopingowej...nie znoszę kontroli po maratonie...wiedziałem, że czekają mnie godziny wlewania w siebie litrów picia aby zapełnić kubeczek... Kolejne 40' spędziłem na ławce cierpiąc straszne katusze, ból oraz zmęczenie nie chciały minąć... Na mecie miałem rację, kubek zapełniłem dopiero po ponad 5 godzinach, po wypiciu kilku litrów wody i trzech piw...

 

 

        Dzisiaj podsumowując mój start mogę powiedzieć ,że prowadzenie siebie samego wyszło mi na zdrowie. Przygotowałem się bardzo dobrze i udało mi się uniknąć podstawowych błędów. Kluczem do sukcesu okazała się zmiana priorytetów treningowych, ścisła kontrola zmęczenia oraz dbałość o regenerację. Teraz czeka mnie miesiąc startów na polskich biegach ulicznych po czym zamierzam porządnie odpocząć.

 

 

Kolejny maraton najprawdopodobniej będę biegł w maju w Ottawie gdzie zamierzam bronić tytułu wywalczonego w Turynie !